środa, 16 stycznia 2013

Przeszłość może być przyszłością


...


To wszystko, co przeżywałam do dwudziestego roku życia, było właściwie początkiem odnajdywania się w różnych rolach, sytuacjach. Krążyłam po wielu nowych "terenach" nie mogąc znaleźć sobie miejsca, w całym Świecie. Działo się tak dlatego, że nie potrafiłam odkryć, nawet własnej drogi, podjąć konkretnej decyzji i dążyć do jakiegokolwiek ustatkowania. Brakowało mi potwierdzenia, w samej sobie, że każdy kolejny krok, ma jakiś sens. Może to wszystko było ukryte? Nie potrafiłabym powiedzieć o sobie, że jestem zwykła i że wszystko przychodzi mi z łatwością.  Nie robiłabym teraz tego, gdybym nie była "wariatką". Odnalazłam swoją drogę po kilku latach, wyjechałam do pięknego dużego miasta X, w kraju Y, gdzie byłam całkiem sama i właśnie to, najbardziej mi odpowiadało. Zaczęłam wszystko od nowa? Tak, to była najlepsza decyzja jaką podjęłam, przynajmniej tak mi się wydawało, do pewnego dnia. Nie wiedziałam, że wtedy dopiero zaczyna się poszukiwanie sedna sensu mojego życia, który wbrew pozorom jest... banalny.

...

Marzenia, priorytety, wspomnienia...



          Listopadowe, zimne popołudnie.  Dookoła panował zmierzch, a latarnie właśnie zaczęły się zapalać. Krople deszczu spływały po ulicach, obijając się o szyby samochodów. Silny wiatr nie dawał utrzymać parasoli. Ludzie biegli, jak zwykle się spiesząc, spoglądali na zegarki i szeptali do siebie pod nosem. Nie zwracali uwagi na wodę pod ich stopami. Wciąż gnali przed siebie… Dom, rodzina, praca, tak zapewne wyglądały ich myśli. Ocierali się o siebie, wyglądając niemal identycznie. Kobiety w czarnych lub szarych płaszczach, mężczyźni w ciepłych zamszowych kożuchach… Tego dnia nie widziałam żadnej różnicy, między mijanymi przeze mnie ludźmi.  Na twarzach, malowały się: pośpiech, zdenerwowanie, rozczulenie…

Między nimi, szłam ja… Młoda, średniego wzrostu krótkowłosa szatynka. Czerwony, rozpięty płaszcz przed kolana, czarne koronkowe rajstopy i bardzo krótka spódnica. Do tego „seksowna” bluzka z dekoltem, wysokie poobdzierane buty. Bez parasola, bez wyrazu twarzy, bez osobowości. Trzymałam torebkę, w której była szminka i czarna kredka do oka. W ręce zgniatałam mokre pieniądze. Miałam ochotę wypuścić je, podeptać i uciec na koniec świata, dosłownie. Idąc około piętnastu minut, zobaczyłam taksówkę. Wsiadłam do niej nie mówiąc słowa.
-Gdzie jedziemy, panienko?



Gdyby kierowca nie zapytał o drogę siedziałabym, patrząc w dudniący bez ustanku deszcz. Mężczyzna później nawet na mnie nie popatrzył. W głośnikach auta słychać było jedną z moich ulubionych melancholijnych piosenek.. W głowie wiła mi się tylko jedna myśl, obraz przed oczami przed długi czas nie chciał zniknąć. Wciąż widziałam jego uśmiech, a uszy płonęły od posłuchu jego głosu… 



Wysiadając zobaczyłam tę samą co zwykle brudną kamienicę, w której mieszkałam od roku. Stare, brązowe drzwi, które zamykała jedynie klekocząca klamka. Ponadto trzy murowane wysokie schodki, które były moją zmorą. Wywracałam się na nich średnio raz dziennie. Weszłam do środka, tułając się dość długo po klatce schodowej, na drugie piętro.  Zamykając za sobą drzwi do mieszkania poczułam jak wszystko ze mnie spływa, wraz z łzami kapiącymi z policzków. Krople rozmytego deszczu powoli zaczęły tworzyć kałużę na marmurowej, zimnej podłodze. Rzuciłam pieniądze, torebkę i płaszcz. Idąc małymi krokami do sypialni, zostawiałam po drodze następne części mojej garderoby. Tym sposobem przed wielkim lustrem wbudowanym w szafę stałam całkiem naga. Jedyne, co miałam na sobie to spływający makijaż. Popatrzyłam przed siebie. Tak bardzo nienawidziłam tego widoku. Dzisiaj moje brązowe oczy zamknęły się same, gdy ujrzałam własne odbicie. Chciałam zniszczyć wszystko dookoła, czułam jak ogarnia mnie furia spowodowana żalem. Jednak całkowicie straciłam siłę, upadając na podłogę nie poczułam nic. Nie znosiłam tego wszystkiego, mojej osobowości i tego, że byłam na dnie.





Jesteś beznadziejna” – wykrztusiłam szeptem do samej siebie. 

         Znów chciałam krzyczeć jak oszalała, lecz wydawało mi się, że straciłam głos. Wstałam z sypialnianej, trzeszczącej i zimnej posadzki. Poszłam pod prysznic mając nadzieję, że zmyję z siebie cały ból.  Ciepła woda, pachnący ręcznik nic nie pomogły. Tak bardzo chciałam położyć się w swoim dużym łóżku i już nigdy się nie obudzić.  Zadzwonił telefon. Dość długo wahałam się przed uniesieniem szarej słuchawki.


-Słucham?
- Dlaczego uciekłaś? – Powiedział pochmurnym, męskim pełnym inspiracji głosem – Nie rozumiem jak mogłaś tak po prostu wyjść, czy coś było nie tak jak tego chciałaś? – Dodał oschle.
- Nie powinno Cię to obchodzić – wykrztusiłam bez zastanowienia.
-Jak to nie powinno obchodzić, gdzie Ty jesteś… Powiedz coś!? 
- Nie będziemy więcej rozmawiać!– Krzyknęłam rzucając w kąt, całym telefonem.

Adrian, bo tak miał na imię owy, dzwoniący do mnie mężczyzna był bardzo przystojny. Wiek określałam na około dwudziestu paru lat.  Posiadał w mieście większość nieruchomości, które z resztą od dawna należały do jego rodziców.  Ojciec chłopaka był cenionym i bezwzględnym biznesmenem, cieszącym się popularnością. W moim dawnym domu, nie raz o takich właśnie mówiono. Wielkie firmy, domy w najpiękniejszych państwach Świata i masa niedokończonych rozpraw sądowych. Adrian…  miał najbardziej tajemnicze, piękne oczy, jakie tylko na świecie widziałam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz